Pielęgnica typowo niezwykła

Fot. M.K. Olivier Malawicichlids

Wszystkim miłośnikom Malawi znane jest zapewne anglojęzyczne określenie „peacock” (czyli paw) – stosowane szeroko wobec przedstawicieli Aulonocara. Nikt nie podważa trafności tego porównania – Aulonocara zachwycają harmonią kształtu i przepychem ubarwienia. Ale już niewielu z nas wie, że tym samym przydomkiem honorowane są ryby należące do wciąż tajemniczego rodzaju Trematocranus – w tym wyjątkowy Trematocranus placodon.

Podobne, lecz nie takie same, czyli w kręgu starożytności

Jako gatunek opisany stosunkowo wcześnie (Regan, 1922), odbył on klasyczną wędrówkę po różnych jednostkach taksonomicznych. Początkowo sklasyfikowany był jako Haplochromis (i w zachodniej praktyce handlowej do dziś funkcjonuje jako „Hap”), ale gościł także w rodzaju Cyrtocara. Ta ostatnia próba zaszeregowania rodzi natychmiastowe skojarzenia z charakterystyczną Cyrtocara moorii – charakterystyczną tak ze względu na budowę (wysokie, wygrzbiecone ciało i obecność okazałego guza tłuszczowego), jak i na zasiedlaną strefę (otwarte piaski, gdzie żeruje głównie na bezkręgowcach). Skojarzenia te są w niewielkim tylko stopniu zgodne z prawdą o T.placodon. Powróćmy więc do punktu wyjścia.

Wspomniane już określenie „peacock” w odniesieniu do Aulonocara i Trematocranus to coś więcej niż łatka nadana przez zafascynowanych ich urodą hobbystów czy poszukujących uproszczeń handlowców. Sformułowanie to przewija się w bardzo poważnych, stricte naukowych publikacjach. A jeśli tak jest, to znaczy że istnieje gdzieś płaszczyzna pozwalająca na postawienie tych ryb pod wspólnym mianownikiem. Dla wojującej od lat z wyzwaniem uporządkowania wiedzy o jeziorze i systematyki  jego fauny nauki, kolor i uderzające piękno to oczywiście zbyt mało, by na takie wspólne definiowanie się zgodzić. Gdzie zatem odnajdziemy cechy wspólne?

„Trematocranus” wiedzie swe brzmienie od greckich „trema” (otwór, dziura) i „kranos” (hełm). Przekładając te znaczenia na język ichtiologii otrzymamy nazwę określającą charakterystyczną cechę budowy – obecność otworów, kanałów, w obrębie masywnej, przypominającej hełm głowy. Stąd już bardzo blisko do powszechnej przecież znajomości typowej cechy Aulonocara – obecności kanałów sensorycznych, czułego narządu pozwalającego na precyzyjną lokację ukrywającej się zazwyczaj pod warstwą osadów i piasku zdobyczy. Greckie „aulos” to przewód, rurka, zaś „kara” oznacza głowę. Podobnie, a jednak nieco inaczej...

Co zatem odróżnia jedne pielęgnice od drugich? Czy Trematocranus to ostateczne i poprawne zaszeregowanie dla T.placodon? A może mamy do czynienia z dużą Aulonocara?

Rodzaj, którego nie ma, czyli w kręgu nauki

Faktycznie – na przestrzeni ostatnich lat liczba gatunków reprezentujących Trematocranus „zmniejszyła się”. Należy odczytać to oczywiście jako realizację kolejnego postulatu zmian w obowiązującej systematyce i przesunięcie szeregu gatunków do innej jednostki. Zasadniczo powiększyły one grono właśnie Aulonocara. I chodzi tu na przykład o taki klasyk  jak A.jacobfreibergi. Inny gatunek (T.peterdaviesi) zasilił rodzaj Lethrinops.

Jeszcze w 1987 roku „Cichlid-Catalogue” (Allgayer, Geerts, Ufermann), praca, której celem było uporządkowanie nazewnictwa i stanu wiedzy o pielęgnicach, wskazywała siedem gatunków Trematocranus. Co ciekawe, nie było wśród nich T.placodon.  Dwa lata później, Eccles i Trewavas ograniczyli to grono do trzech gatunków: T.microstoma, T.labifer i...  T.placodon właśnie. Na zmianach „zyskał” rodzaj Aulonocara. Powód? W zasadzie został już przez nas wskazany.  Kanały sensoryczne to nie to samo co dość obszerne, lecz płytkie pory.  Podobne, lecz nie takie same...

Próbę uporządkowania nomenklatury podjął nieco później DeMason. Jego praca miała jednak charakter cząstkowy i nie obejmowała wszystkich potencjalnie interesujących nas gatunków, potwierdziła jednak pozycję A.jacobfreibergi w nowym taksonie. Ad Konings także „uznał” propozycje zmian w nazewnictwie (The Cichlids Yearbook z lat 1991 – 1995), zaś Spreinat (autor materiałów prezentowanych w ramach II Forum Klubu Malawi), wymienił w obrębie Trematocranus zaledwie dwa gatunki (AquaLex Catalog; Cichlids from Lake Malawi z roku 1997).

Odkryliśmy dopiero wierzchołek góry lodowej. Wcale nie jest powiedziane, że rodzaj Trematocranus utrzyma się w ogóle, a przynajmniej w takiej liczbie gatunków. Ostatni z przytoczonych znawców przedmiotu – Andreas Spreinat – oparł się w znacznej mierze na koncepcji wyróżniania umownych grup potencjalnie blisko spokrewnionych pielęgnic. Metoda ta opiera się na „dopasowywaniu” gatunku do jednego z uniwersalnych wzorów ubarwienia, charakterystycznego dla szerszej grupy ryb (technika ta nie dotyczy „Mbuna”). Faktycznie, nawet całkowicie amatorsko podchodzący do akwarystyki miłośnik Malawi, zaobserwuje pewne typowe palety barwne i wzory – takie jak pojedynczy pas w boku ciała, dwie, lub trzy plamy w linii, „siodełka” sięgające nasady płetwy grzbietowej, pas skośny, pręgi w różnej liczbie, itp.  Zwolennikiem tej metody jest z kolei badacz o wybitnym autorytecie, jakim pozostaje Michael Olivier. Wadą propozycji jest pewne uproszczenie. Ale również wyraźne różnice w obrębie morfologii i adaptacji niemal identycznie ubarwionych pielęgnic. Argumentem za - oczywiste pokrewieństwo wszystkich zamieszkujących jezioro gatunków (wspólny przodek) i stosunkowo krótki okres ich ewolucyjnego różnicowania się. Czego specyficzną „mapą” być może faktycznie jest pokrewieństwo ubarwienia. 

Michael Olivier poddał jednak krytyce inne posunięcie wspomnianego duetu Eccles-Trewavas. Chodzi tu o utworzenie – wątpliwego i dyskusyjnego według Oliviera – rodzaju Tramitichromis. Skąd wątpliwości? I co to ma wspólnego z bohaterem naszej opowieści? Wątpliwości dotyczą argumentów autorów propozycji, którzy oparli się na budowie kości o wyraźnie zróżnicowanych cechach dla każdego z umieszczonych w tej jednostce gatunków. Ale także na fakcie, że pewne cechy wskazane jako podstawa jej utworzenia nie dotyczą nawet wszystkich zaszeregowanych jako Tramitichromis pielęgnic. Olivier znalazł punkt zaczepienia – potwierdzone także przez Davida Eccles i Ethelwynn Trevawas cechy ubarwienia sztandarowego przedstawiciela nowego rodzaju, czyli Tramitichromis intermedius. Pielęgnica ta posiada taki sam wzór „siodełek” – plam sięgających samej nasady płetwy grzbietowej – jak Hemitilapia oxyrhynchus i... wszystkie trzy ocalałe po klasyfikacjach gatunki Trematocranus. Zasady ICZN regulujące prawidła naukowego nazewnictwa – o ile propozycja Oliviera postulującego utworzenie dla nich zupełnie nowego taksonu znajdą posłuch – każą powrócić do udokumentowanej naukowo najstarszej nazwy rodzajowej. Czyli Hemitilapia.

Ciekawie ma się do tego wszystkiego fakt, iż Hemitilapia oxyrhynchus wykazuje zupełnie odmienne niż nasz T.placodon przystosowanie troficzne. A budową anatomiczną przypomina raczej Placidochromis czy Fossochromis...

Postulaty M. Oliviera mają swoich zwolenników. Co więcej, pojawiają się coraz częściej propozycje ponownego wydzielenia z rodzaju Aulonocara gatunków wcześniej reprezentujących Trematocranus. Ich dalsze losy nie są póki co sprecyzowane – wiele tu zależy od podstawy, jaką każdy konkretny badacz uznaje za oczywistą i wiodąca w dziedzinie klasyfikacji gatunków.

Czy Trematocranus zniknie całkowicie? Czy kiedykolwiek istniał na prawdę? Nie potrafimy odpowiedzieć na to pytanie, nie ryzykując błędu. A tak zupełnie swoja drogą – konia z rzędem temu, kto udowodni że na prawdę istnieje choćby taka Metraclima...

Gatunek, jakimkolwiek by nie był, czyli w kręgu akwarystyki

T.placodon jest pielęgnica znacznych rozmiarów. Poszczególne źródła różni nieco przedział długości jaki deklarują w stosunku do tej ryby, ale za maksymalną granicę możemy przyjąć dwadzieścia pięć centymetrów. W warunkach amatorskiej hodowli to więcej niż dużo. Budzące respekt rozmiary mają być równoważone stosunkowo łagodnym charakterem. W stosunku do pielęgnicy jest to twierdzenie, w którym na szczególny akcent zasługuje sformułowanie „stosunkowo”. W dodatku poszczególne osobniki mogą znacznie różnić się temperamentem. Za absolutne – a i tak wciąż dyskusyjne minimum zaplecza hodowlanego – należało by więc uznać zbiornik o długości stu pięćdziesięciu centymetrów, przy jednoczesnym zachowaniu jego półmetrowej wysokości.

W jeziorze T.placodon wykazuje szeroki zasięg występowania. Zawsze jednak będą to miejsca piaszczyste lub parte biotopu żwirowego, zazwyczaj też porośnięte koloniami Vallisnerii. W rozmieszczeniu pionowym jego występowanie jest więc zdeterminowane poziomem nasłonecznienia pozwalającym na wegetację roślin wyższych.

Jest to ryba o charakterystycznej, masywnej budowie. Uwagę zwraca wyjątkowo duża, niemal nieproporcjonalna i dobrze wydzielona głowa. Już na linii oka da się zaobserwować silne  uwypuklenie partii czołowej, które płynnie przechodzi w wygrzbiecenie tułowia i potęguje wrażenie sprawiane przez rozmiar ryby. Sam pyszczek mimo wszystko jest dość wyraźnie wyodrębniony, otwór gębowy w położeniu końcowym, usytuowany nisko, szeroki lecz krótki, zaopatrzony w raczej delikatne wargi. Płetwy grzbietowa i odbytowa rozpostarte są na mocnych, grubych promieniach i nieodparcie nasuwa się tu skojarzenie z kolcami rodzimych okoniowatych. Dojrzałe samce cechują się swoistym „przerostem” płetwy grzbietowej, która tworzy w swej krańcowej części niezwykle dekoracyjną „paletkę”. Podstawowym kolorem pozostaje lekki pastelowy błękit, opalizujący jednak w odpowiednim oświetleniu. Wyraźny połysk daje się także zaobserwować na pokrywach skrzelowych, tutaj  także w lekko turkusowej tonacji. Płetwa grzbietowa i płetwy dolnej partii ciała zaopatrzone są w jasne, mleczne grzebienie i wyraźne pomarańczowe lamówki w obrębie ostatnich promieni.. Ponadto zauważymy w obrębie płetw regularnego położenia żółte lub pomarańczowe cętki. Jaśniejsza nuta jest obecna w ubarwieniu brzusznej partii tułowia, boków ciała do mniej więcej jednej trzeciej wysokości i u nasady płetwy ogonowej. Tu łuski dają wyraźny złotawy poblask. Tęczówka oka złota. Na tym tle samice i młodzież jawią się mniej atrakcyjnie, zazwyczaj szaro-srebrzyście z lekką, błękitną opalizacją łusek przy zapewnieniu odpowiedniego oświetlenia. Można również zaobserwować połysk utrzymany w lekkiej liliowej tonacji.

Wspomniane w poprzednim ustępie „siodełka” – ów swoisty i dyskusyjny klucz identyfikacji stopnia pokrewieństwa proponowany przez część badaczy – mają postać dwóch lub trzech obszarów zlokalizowanych na całej długości płetwy grzbietowej. Niekiedy zlewają się one ze sobą tworząc szerokie, nieregularnych kształtów przebarwienie w kolorze niebieskiego atramentu (ale w zależności od wpływu oświetlenia także z nutą turkusu czy szafiru). Sięgają około jednej trzeciej boku ciała (licząc od nasady płetwy grzbietowej), przekraczając poziom wysoko przebiegającej linii nabocznej. Niekiedy daje się zauważyć wąski pas w szczytowej partii grzbietu, rozlany od nasady pokryw skrzelowych (a nawet linii oka), po kraniec płetwy grzbietowej. Zlewają się z nim także owe „siodełka”.

Ze względu na szerokie rozprzestrzenienie gatunku w obrębie jeziora, osobniki reprezentujące różne populacje bywają niekiedy ubarwione w sposób dalece odbiegający od tego wzorca. Dotyczy to także niemal całkowitego braku „siodełek” zastąpionych na przykład przez wyraźne, obejmujące cały bok ciała prążkowanie. W świetle przedstawionych w poprzedniej partii tekstu kontrargumentów, jest to i tak problem o zerowym znaczeniu dla sprawy. Młodzież, nawet przy długości rzędu kilku centymetrów posiada trzy charakterystyczne plamki w linii osi podłużnej ciała. Z czasem – po trosze zanikając, po trosze „wędrując” – stają się one typowym już wzorem ubarwienia.

W akwarium T.placodon wymaga umieszczenia grubej warstwy czystego i pozbawionego ostrych krawędzi substratu. Kilka bloków i płyt skalnych można zestawić w postać solidnej konstrukcji z grotą, ewentualnie przesłonić elementami dekoracji pole widzenia w zbiorniku. Stosunek tych ryb do roślin jest w zasadzie obojętny, na dłuższa metę będą jednak je niszczyć – czy to podczas ustalania pozycji w zbiorniku, czy też podczas rozrodu.

Tarło tych ryb wiąże się z budowa znacznej (co oczywiste) średnicy i sporej głębokości areny godowej (krateru). W akwarium o małych rozmiarach jest to często niemożliwe, a jeśli nawet ryby podejmą próbę, to może mieć ona poważne konsekwencje. Po pierwsze wszystkie pozbawione stabilnej podstawy i zabezpieczenia konstrukcje grożą zawaleniem. Po drugie – na uszkodzenie narażony jest sprzęt techniczny.  Inna sprawa, że w nieodpowiednich warunkach, a do takich zaliczmy i zbyt małą przestrzeń życiową, ryby nie osiągają poziomu kondycji, komfortu i aktywności przekładających się na tendencję do rozrodu. Udane tarło nie oznacza jeszcze sukcesu. Wydaje się, ze wskazane by było izolowanie samicy. Przy rozmiarach tej ryby nie powodujący stresu odłów jest trudny. Alternatywa to pozostawienie jej w macierzystym zbiorniku przy jednoczesnej... izolacji pozostałych ryb. Na ewentualnych współmieszkańców wybieramy duże i średniej wielkości, łagodne pielęgnice. Takie jak Aulonocara czy Cyrtocara moori.

Wiem, co jem, czyli w kręgu ewolucji

W naturze T.placodon bazuje na zaawansowanej adaptacji troficznej. Poluje przede wszystkim na kolonizujące „pola” Vallisnerii ślimaki, ze szczególnym uwzględnieniem popularnego w jeziorze Gabiella stanleyi. Zbiera je zarówno z roślin, jak i z dna. Zauważamy zwłaszcza w przypadku żerowania na roślinach przełożenie budowy anatomicznej na efektywność żerowania. Pomaga rybie szeroki otwór gębowy, czułe wargi, duże, nisko osadzone oczy. Zjawisko oportunizmu (wykorzystywania szans), wzmocnione także bezpośrednim konkurowaniem o pokarm, determinują sygnalizowane przez różne źródła zachowania drapieżnicze wobec małych ryb a także skuteczne żerowanie na innych źródłach pokarmu (choć w znacznie mniejszym natężeniu). Za adaptacją troficzną idzie w parze zdolność efektywnego trawienia i przyswajania białka zwierzęcego. W warunkach hodowli amatorskiej ryby tym należy podawać różnorodny, ale jednak oparty właśnie na białku zwierzęcym pokarm. Przysmakiem będą oczywiście pochodzące z własnej hodowli mięczaki. Często pojawiają się w tym miejscu pewne dylematy natury etycznej. Kwestia do rozsądzenia przez każdego akwarystę z osobna. Z powodzeniem wykarmimy T.placodon granulatami, pokarmem mrożonym i każdym rodzajem pokarmu żywego. Ważne, by przy zminimalizowanych wydatkach energetycznych dieta nie powodowała otłuszczenia przewodu pokarmowego.

Rozważmy inna kwestię. Jakie znaczenie przy polowaniu na ślimaki w płytkich, prześwietlonych wodach i przy zastosowaniu doskonałego zmysłu wzroku, mają wspomniane już na wstępie sensory? Oczywista odpowiedź brzmi: żadne. Skąd zatem ich obecność? A raczej: po co i dlaczego? Aulonocara przy użyciu swoich czułych sensorów potrafią zlokalizować zdobycz, w dodatku ukrytą, ze znacznej odległości. I pewnie dlatego nie polują na ślimaki. Mnożą się pytania. Czy T.placodon pochodzi z tej samej co współczesne Aulonocara linii ewolucyjnej? Czy maksymalizacja rozmiarów ciała to próba minimalizacji zagrożeń drapieżniczych w płytkich wodach, czy stało się to wcześniej? Czy zmuszony do zwiększonych wydatków energetycznych w pewnym momencie zarzucił taką charakterystyczną dla Aulonocara strategię jako nieefektywną i znalazł łatwiej dostępne, bogate zaplecze pokarmowe? Jest to możliwe, choć stoi w opozycji do prób klasyfikacji gatunków opartych na innych niż adaptacja troficzna przesłankach. Jak choćby ta zaproponowana przez M. Oliviera. Tu pojawia się inna możliwość. Pochodząc z zupełnie odrębnej strategicznej linii ewolucyjnej, T.placodon wykształcił swe narządy sensoryczne niezależnie od osiągnięć takiej grupy, która dała początek dzisiejszym Aulonocara. Aulonocara posiada przecież swoiste kanaliki, budowa narządu T.placodon to konstrukcja o innej morfologii i innym poziomie skuteczności. Może to zatem stanowić dwa odrębne, choć zbliżonej funkcji osiągnięcia ewolucyjne pozbawione wspólnych korzeni. A jeśli mamy do czynienia z sytuacja odwrotną? Jeśli zamiast zastanawiać się nad ewentualnym porzuceniem pewnej próbowanej drogi ewolucji mamy szansę obserwować jej odkrywanie – początek „przezbrajania się” gatunku pod wpływem presji otoczenia. W obrębie jego siedlisk żerują przecież także inne pielęgnice korzystające z tego samego zaplecza. Kłóci się jednak z tym poglądem szerokie rozprzestrzenienie gatunku w jeziorze. Bazując na „pastwiskach” pełnych ślimaków raczej nie osiągnął by tego efektu – na przeszkodzie stoją obszary biotopów o innej charakterystyce, zasiedlone przez hermetyczne zespoły wyspecjalizowanych gatunków. Czy w ewentualnej migracji pomogły sensory gwarantujące wygraną w wyścigu do czegokolwiek nadającego się do zjedzenia? Inne duże gatunki (choćby Placidochromis), mimo większych szans, nie osiągnęły takiego sukcesu w poszerzaniu areału występowania. To wszystko przemawiało by raczej za porzuceniem strategii lokalizacji zdobyczy w oparciu o wykształcone narządy, wskazując na wtórną adaptację. Ale gdzie czynniki, które by T.placodon do tego zmusiły? Konkurencja ze strony Aulonocara? Wątpliwe. Konkurencja ze strony innych strategów, zagrożenia drapieżnicze? Przecież T.placodon nie jest gatunkiem w fazie głębokiego regresu czy odbudowy zamkniętej w małych, izolowanych siedliskach populacji. Przeciwnie. Poza tym oczywistą drogą ewolucji było by udoskonalenie działań w obrębie już osiągniętego sukcesu – bo posiadanie takiego radaru to spora przewaga i zdobycz. Co nam pozostało w alternatywie? Podwójna ścieżka przystosowań? Ta zagadkowa pielęgnica notowana jest również w rzece Shire, oraz jeziorze Malombe. Czy znalazła się tam wtórnie? Czy może przywędrowała do Malawi wnosząc szereg zdobyczy, z zarazem odnajdując nowe możliwości. Potężna budowa, zwłaszcza w obrębie głowy i pewne cechy płetw mogą nasuwać przypuszczenia o przystosowaniu do życia w nurcie rzeki. Tyle tylko, że nie notuje się tego gatunku daleko od strefy odpływowej z jeziora. I raczej wątpliwej skuteczności narzędziem były by w nurcie rzeki kratery sensoryczne.

Klasyczny malawijski pat. Dużo pytań, mało odpowiedzi. A każde potencjalne rozwiązanie komplikuje sytuację jeszcze bardziej. I nawet nie wiadomo, czy taki gatunek jak Trematocranus placodon istnieje. W pewnym sensie, rzecz jasna.

Marcin Szmel

Bibliografia
· 
"The Cichlids Yearbook" 1991–1995
· "Cichlid-Catalogue” Allgayer, Geerts, Ufermann
· "AquaLex Catalog: Cichlids from Lake Malawi"
· 
cichlidae.com
· malawicichlids.com
· www.petsforum.com
· "Malawi Cichlid in Their Natural Habitat", Ad Konings
· "Cichlids and All Other Fishes of Lake Malawi", Ad Konings
· "Malawi - piękno i pasja", Krzysztof M. Kaźmierczak

 

 

ARCHIWUM 2000-2006 © Copyright info: PolskieMalawi